Ja kontra one…

Ja kontra one… czyli historia pewnej kuchennej potyczki

Tak to właśnie czasem bywa. Pomimo może nie świetnego, ale myślę, dobrego przygotowania do walki, czasem okazuje się, że to nie nasza liga i… trzeba improwizować aby nie dać się pokonać, a przynajmniej żeby wyjść z twarzą i oczywiście… jakimiś jadalnymi efektami naszej walki/pracy. To tyle słowem wstępu.

Cała sprawa kręci się wokół oczywiście nie marnowania.

Jak zawsze z niedzielnego rosołku zostało trochę mięsa, które aż prosiło się o to aby je jakoś zagospodarować.

W przypływie mocy stwierdziłem, że nie ma się co trzymać sprawdzonych przepisów i może zrobić coś innego, czego jeszcze nie robiłem. Tak naprawdę zwyczajnie nie chciało mi się lepić pierogów, bo o ile wspólników do jedzenia jest zawsze pod dostatkiem, o tyle do ich robienia już nie koniecznie. No ale wracając do tematu. Mięso już było zmielone i przyprawione, więc teraz tylko upatrzyć sobie jakiś przepis, tak żeby się nie narobić i mieć z głowy.

Mój wybór padł na… pyzy. Tak, zwykłe pyzy, z niewielkiej ilości składników, zwykłe małe kulki wypełnione mięsem (które teraz już przyprawiają mnie o dreszcze).

To nie jest tak, że rzuciłem się do robienia bez przygotowania. Zabezpieczyłem się chyba z każdej możliwej strony. Klasyczna książka kucharska – tu zawsze znajduję sprawdzone bazowe przepisy, które przecież dzięki temu, że są sprawdzone trafiły tutaj. Oczywiście był internet, który oferuje wiele różnych wariacji kulinarnych, aczkolwiek tym razem potwierdzałem tylko klasyczną formę przepisu. Na koniec, a w zasadzie na początek, nie omieszkałem skorzystać z telefonu do… babci, bo jeżeli ktoś gotował tak jak ona większość swego życia, to musiał robić pyzy. Cóż, musicie przyznać, że to było na prawdę dobrze przygotowane przedsięwzięcie.

Historia pokazuje, że jednak nawet najlepiej przemyślane kampanie, czasem kończą się fiaskiem, a być może tylko pozornie są przemyślane i przygotowane. No ale znów odchodzę od tematu.

Jak to mówią, wszystko zrobiłem jak w książkach piszą. Tak mi się przynajmniej wydaje. Skorzystałem z następujących proporcji:

1 kg ziemniaków (0,5kg ugotowanych, 0,5kg surowych)
1 jajko
3-4 łyżki skrobi ziemniaczanej
sól, pieprz

 Wszystko zrobiłem poprawnie. Ugotowane ziemniaki ostudziłem i przetarłem przez metalowe sitko, surowe ziemniaki starłem w maszynce, nawet dwukrotnie, a następnie odcisnąłem z nadmiaru płynu i zmieszałem z ugotowanymi. Dodałem resztę składników i mieszałem, mieszałem… mieszałem. To co powstało, to raczej przypominało ciasto na lane kluski niż na pyzy. Oczywiście nie dałem za wygraną i… mieszałem dalej. Tak poważnie, to z jedną ręką w misce z ciastem szukałem wyjścia z tej sytuacji. Przeglądnąłem wiele przepisów na pyzy i w niektórych jako składnik występowała również zwykła mąka pszenna. Stwierdziłem, że skoro niektórzy dają, to i mnie nie powinno zaszkodzić. Miałem rację, nie zaszkodziło, a raczej nie zaszkodziły te 4 łyżki mąki ale i nie pomogły. Konsystencja się nieco poprawiła, ale nie na tyle żeby coś z tego ulepić, a że duch walki mnie nie opuszczał, poszły jeszcze 2 łyżki skrobi i… dalej nic.

Na koniec tego smutnego przedstawienia wpadła mi do głowy jeszcze jeden pomysł.

Zagotowałem wodę i sprawdziłem, czy w ogóle da się ugotować to co stworzyłem, a wybrałem sposób na kładzione. Efekt był… choć szału nie było. Biorąc pod uwagę, że najpierw jemy oczami, to smakowało bo musiało. Krótko, dało się zjeść.

Ok, ale co z mięsem, jak to połączyć, co z tym zrobić? Jak temu nadać formę?

Hmm… myślę, że mało kto wpadł by na taki pomysł. Babeczki. Nie, że babeczki by to wymyśliły, ale babeczki, a raczej silikonowe foremki na babeczki były tym pomysłem. Cóż, wtedy wydawał mi się ten pomysł dobrym pomysłem.

Oczywiście efekt był… ciekawy. Biorąc pod uwagę długie gotowanie i formę, którą twór ten przyjął oraz problem z wyłuskaniem tego z foremki… do sukcesów kulinarnych raczej tego nie można było zaliczyć.

 Koniec końców cała masa niestety wylądowała w koszu, nie widziałem sensu dalszego inwestowania w ten projekt.

Skąd więc ten minimalistyczny entuzjazm w tytule?

Cóż, nie złożyłem rękawic (kuchennych), za masą już nic więcej nie powędrowało do kosza, a ja sięgnąłem do sprawdzonego przepisu na księżycowe placki i w efekcie powstały krokiety, które jak zawsze znalazły zwolenników.

Okazuje się, że nawet tak proste przepisy jak pyzy, mają jakieś ukryte haczyki. Do tej pory nie wiem, co zrobiłem nie tak. Być może była to kwestia ziemniaków – nie taka odmiana jak ma być. Może zbyt słabo je odcisnąłem, choć wydawało mi się, że zrobiłem to całkiem nieźle.

I to tyle w tym temacie, a reasumując nie wszystko łatwe jest proste i nie wszystko trudne jest nie do zrobienia, oczywiście w kontekście kulinarnym.

Pozdrawiam

święty jak diabli

Post Author: admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *